Kraj w którym mieszkam przyjmuje rocznie średnio 250 tys. uchodźców. Prowadzi oczywiście odpowiednią do tego politykę i ma wypracowany sposób jej realizacji.

 Z grubsza polega ona na tym, że odpowiednie ministerstwo i doświadczeni ludzie jadą do różnych obozów, albo poprzez ambasady, wybierają tych, których kraj potem przyjmuje. Selekcaja trwa czasem dłuzej lub krócej, ale zwykle wybrani ludzie są wykształceni, zdrowi, stabilni życiowo, tj. żonaci lub mający takie perspektywy, no i oczywiście nie mający historii kryminalnych.
Nowi imigranci dostają odpowiednią finansową opiekę na początki zagospodarowania, naukę języka i oczywiście wszystkie prawa obywatelskie, chociaż jeszcze nie obywatelstwo, tj. opiekę lekarską, dostęp do wszystkich niezbędnych instytucji, itp.
I z tego to powodu obracamy  się  wśród ludzi o różnych kulturach i obyczajach, co jest bardzo miłym i ciekawym doświadzczeniem. Gdzieś na początku mojego pobytu, tłumaczyłam wtedy młodej jak ja dziewczynie z Indii, o chrześcijańskiej komunii i nie zapomnę jej reakcji..i jaki horror spowodowały słowa, o „spożywaniu ciała i krwi Chrystusa”.
Teraz pracując z Hindusami wiem więcej. Codziennie przejezdżam koło hinduskiej świątyni poświęconej bogini Durga, tej co ma wiele rąk do tego aby bronić swoich wyznawców. W tej świątyni można się pożywić jak się jest głodnym. Tę gościnę zapewniają wierni fundując  żywność z okazji ważnych rodzinnych dat, jakimi są urodziny, czy jakies szczęśliwe sukcesy członków rodziny. A ponieważ zawsze takie okazje członkom tej świątyni się zdarzają, to oczywiście jest też żywność. Warunkiem jest życzliwa modlitwa w intencji darczyńcy.
Z tych samych terenów pochodzą też Sikhowie, których wyznanie jest jakąś kompilacją hinduizmu i islamu, ale jest niezwykle interesujaca i pełna symboli. Mężczyźni wyznający tę religię noszą turbany, a pod nimi długie włosy, noszą również długie brody. Ich chłopcy zwykle obok imienia, mają też drugie imię, jakim jest Singh- co oznacza lew, a dziewczyny mają dodawane Kaur, co znaczy –księżniczka. Bardzo dbają o wykształcenie tak chłopców i dziewcząt nie robiąc różnicy.
Ich chłopcy jak i dziewczęta, noszą długie włosy, co u dziewcząt nie dziwi, ale u chłopców jest to węzełek włosów owinięty chusteczką na czubku głowy. Będąc jednak lwem, czy księżniczką zobowiązuje i rosną z nich ludzie z silnymi charakterami i bez kompleksów.  Ich widok pomaga innym matkom z własnymi dziećmi, kiedy są jakieś problemy ze strojami, modą, itp.
Znam wielu Arabów, ale opowiem o jednym, który ma na imię Aszraf. Kiedy przyszłam do pracy to własnie z nim najwięcej miałm do czynienia. Był starszy ode mnie, ale bardzo życzliwy i pomocny. Zaprzyjaźniliśmy się, poznaliśmy nawzajem swoje drugie połowy na różnych zakładowych imprezach; zabawa sylwestrowa, czy picnic. Był nałogowym palaczem i cierpiał w czasie Ramadanu, kiedy cały dzień nic nie jadł i nie palił, będąc tylko w tym czasie ofiarą życzliwych żartów.
Pochodził z Egiptu i tam miał jeszcze siostrę i odwiedzając Egipt, przywiózł mi prezent w postaci arabskiej sukni, która nazywa się abaja.
Aszraf był już starszy, jakoś się niezręcznie pochylił, czy coś podniósł i zabolał go krzyż, a ponieważ ból nie ustawał, Aszraf skorzystał z renty inwalidzkiej i przestał pracować. Ja myślę, że do problemu ze zdrowiem przyczynił się jego najstrszy syn, który wdał się w złe towarzystwo, a nawet zafundował rodzicom wnuczkę, której to matka nie przypadła im do gustu, bo pochodziła zupełnie z innego kręgu kulturowego. 
Młodzież arabska przywozi żony z krajów swojego pochodzenia, a my ich współpracownicy, dostajemy potem słodycze z arabskich uczt weselnych.
Znamy też żydów, nie starozakonnych, ale raczej nowoczesnych. Jednym z nich jest Robert, starszy kolega z pracy mojego męża. Nie jest bankiereym ale zwykłym inżynierem.
Kiedy mój mąż podjął pracę w biurze projektowym, to własnie Robert starał mu się pomóc, a robił to bo... pochodził z Białorusi. Uznał więc, że mąż będąc Polakiem jest geograficznie bliskim jego sąsiadem. Robert urodził się w Mińsku, w stolicy Białorusi i wyemigrował z żoną i dwoma córkami. Żona mu zmarła na białaczkę więc wychowywał córki przy pomocy sympatycznej Rosjanki. W czasie kiedy go poznaliśmy, to jego dziewczynki były prawie dorosłe.
Robert mieszkał niezbyt daleko od nas, to po pewnym czasie zaczęli jezdzić wspólnie z moim mężem jednym samochodem, zmieniając się co tydzień; jeden tydzień prowadził Robert, a drugi mój mąż.
Kiedy pierwszy raz przyszedł do nas do domu, wracając z pracy, zaproponowałam mu spożycie wspólnego obiadu, uprzedzając od razu, że jest on zrobiony z wieprzowiny. Na co Robert odpowiedział : „ Ja z Rasii, ja jem wsio”.
Robert z rodziną wyemigrował najpierw do Izraela, a potem jechał dalej. Kiedy zapytałam go czemu w Izraelu nie został, odpowiedział, że „ tam jest za dużo żydów”. Dzisiaj Robert jest już na emeryturze, ożenił się ze swoją Rosjanką, a dziewczyny wyszły za mąż; jedna to wiem , że za Włocha, a druga to nie wiem za kogo.
Ja do pracy dojezdżałam z inną Polką, Elżbietą. Ona miała w tym samym biurze współpracownika młodego, bardzo skromnego i spokojnego mężczyznę. Po paru latach  zapytałam ją jak się jej z nim pracuje, co o nim wie i w ogóle, bo on jest żydem. Strasznie się zaperzyła i zaklinała się, że on żydem nie jest. Dla pewności jednak zadzwoniła do innej Polki, która też tam pracowała i... okazało się, że on faktycznie żydem jest. A Elzbieta na to wykrzyknęła...” a ja mu zawsze  składałam życzenia świąteczne z okazji wszystkich katolickich świąt, obcałowywałam i on nawet nie protestował”. A ja po tym jej zdaniu i widząc jej minę, o mało nie pękłam ze śmiechu.